Ostatni krzyk mózgu - zagadka śmierci klinicznej

Co dzieje się po śmierci? /©123RF/PICSEL

Mamy badania kliniczne oraz dysponujemy relacjami osób wracających po reanimacji „z tamtej strony”. Niemal wszystkie twierdzą, że to doświadczenie, które zmieniło w ich życiu wszystko.

Reklama

Przez organizm pacjenta płynie z elektrod defibrylatora prąd o energii 360 dżuli. Klatka piersiowa mężczyzny unosi się w spazmatycznym skurczu i opada na łóżko. Nastaje chwila ciszy. - Jeszcze raz! - pada po chwili komenda lekarza prowadzącego reanimację. - Na mój sygnał: teraz! Jeszcze jeden podrzut bezwładnego ciała i znów wlokące się w nieskończoność sekundy oczekiwania.

Nagle jednak z ustawionego przy łóżku urządzenia EKG zaczyna wydobywać się przerywany pisk - serce znów podjęło pracę. Członkowie zespołu medycznego wzdychają z ulgą, uśmiechają się, zaczynają przygotowywać do podłączenia kolejne aparaty monitorujące i  wspomagające czynności poszczególnych narządów. Po kilku minutach leżący w plątaninie kabli człowiek otwiera oczy. - Wrócił pan z dalekiej podróży - mówi do niego lekarz.

Reklama

- Tak. Ale ja nie chcę wracać - daje się słyszeć niewyraźny szept spomiędzy warg mężczyzny...

Zgodnie z ugruntowanym od wieków przekonaniem śmierć człowieka następuje, gdy wydaje on "ostatnie tchnienie" - wówczas ciało opuszcza ożywiająca je i obdarzona świadomością siła, czyli dusza. Czy tak jest naprawdę? I da się to udowodnić? W 1901 roku postanowił tego dowieść doktor Duncan McDougall, który przeprowadził serię budzących grozę eksperymentów.

Ten amerykański lekarz z Massachusetts kładł umierających ludzi na wagę i obserwował jej wskazania. Według ogłoszonych przez niego wyników, w momencie śmierci następował ubytek wagi człowieka o... 21 gramów.

Zjawisko to miało nie pojawiać się u zwierząt, co tylko umocniło McDougalla w przekonaniu, że udało mu się zważyć opuszczającą ciało duszę. Późniejsze doświadczenia nie potwierdziły jednak rewelacyjnych "odkryć" medyka z USA. Znacznie więcej konkretnych danych przyniosły nam współczesne badania.

Kiedy człowiek zostaje uznany za zmarłego?

Ten obraz znany jest niemal każdemu. Lekarz unosi powieki pacjenta, widzi rozszerzone źrenice - oznakę nagłego braku tlenu i substancji odżywczych w mózgu.

Podłączony elektrokardiograf zaczyna przenikliwie, jednostajnie piszczeć, na monitorze pojawia się pozioma linia - symbol definitywnego końca. To moment, kiedy w wielu szpitalach padają słowa: "Czas zgonu...". Czy to jednak rzeczywiście ostateczny finał? Nie! Po przerwaniu pracy serca mózg funkcjonuje jeszcze około dziesięciu minut. Dopiero wtedy pozbawione dostaw tlenu neurony zaczynają stopniowo obumierać.

W Polsce obowiązuje obwieszczenie ministra zdrowia w  sprawie kryteriów i  sposobu stwierdzenia trwałego nieodwracalnego ustania czynności mózgu z 2007 roku. Zgodnie z nim trzeba wykonać jeden po drugim różne testy, które muszą zostać powtórzone po co najmniej 6 godzinach: czy pacjent reaguje na ból?

Czy występuje odruch wymiotny? Czy pacjent może samodzielnie oddychać? Ale w niektórych przypadkach to nie wystarcza... Obserwacje amerykańskiego lekarza Alana Shewmona wykazały, że mózg pacjenta znajdującego się teoretycznie w stanie śmierci jest jeszcze zdolny do tego, aby regulować temperaturę ciała lub wydalać mocz.

Wykonane czułymi urządzeniami pomiary aktywności "martwego" mózgu wskazywały wręcz na to, że reaguje on na ból. Alan Shewmon opowiada ponadto o  przypadkach, w których krwiobieg funkcjonował jeszcze samodzielnie przez 14 lat po postawieniu diagnozy o  śmierci mózgowej! Nawiasem mówiąc: przy pobieraniu narządów do przeszczepu od martwych dawców stosuje się środki znieczulające i rozluźniające mięśnie. Zapobiegają one wystąpieniu tzw. syndromu Łazarza, kiedy to osoba w stanie śmierci mózgowej podczas zabiegu zaczyna wymachiwać rękoma...

Ostatni krzyk mózgu

W skrajnych przypadkach - np. po wyziębieniu organizmu spowodowanym zasypaniem przez lawinę czy wpadnięciem do lodowatej wody - lekarzom udawało się "ożywić" mózg nawet kilkadziesiąt minut po ustaniu akcji serca. Co dzieje się z nami - lub lepiej to formułując: z naszą świadomością - kiedy mózg rzeczywiście umiera? Nawet od strony medycznej rzecz nie jest całkiem wyjaśniona.

Wiemy, że nasz centralny organ "odchodzi" (o ile nie jest to nagły zgon) stopniowo: najpierw wyłącza się tzw. kora nowa, potem następne fragmenty, a na samym końcu pień mózgu. Jest on najstarszym ewolucyjnie obszarem, który kontroluje niezbędne do przeżycia funkcje. Najdłużej wytrzymuje bez dopływu tlenu i ma przy tym zdolność do reaktywacji pozostałych regionów - o ile nie obumarło już zbyt wiele komórek nerwowych.

Przypomina to trochę widok bloku mieszkalnego, w którym nocą kolejno gasną światła w oknach. Przychodzi w  końcu czas, że wyłączone zostaje ostatnie. I co wtedy? Koniec? Ciemność? Nie całkiem. Naukowcy z Michigan w  USA sięgnęli po urządzenia do rezonansu magnetycznego.

Z ich pomocą udało im się stworzyć obrazy funkcjonowania poszczególnych części mózgu umierających pacjentów. Wyniki tych badań zadziwiają! Otóż okazuje się, że kiedy - jak w powyższym przykładzie - zgasną już wszystkie światła, nieoczekiwanie aktywność neuronów jeszcze raz na chwilę gwałtownie wzrasta. Mózg rozbłyska z niezwykłą siłą, by potem zapaść w  ciemność na zawsze.

- W badanych umierających mózgach nie spodziewaliśmy się żadnej aktywności. Tymczasem patrzyliśmy na neuronalne fajerwerki - wyjaśnia prof. Jimo Borjigin.

Co się wtedy dzieje? Na to pytanie nie odpowie żaden naukowiec. Wierzący w życie pozagrobowe mają na to jednak oczywiste wyjaśnienie: to moment, w którym dusza, czyli także wszelkie informacje zapisane w mózgu, definitywnie opuszczają ciało. I dokąd się udają?

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje