Ludzie kontra emu - na tej wojnie to żołnierze złożyli broń

Sytuacja gospodarcza po I Wojnie Światowej nie prezentowałaby się zbyt ciekawie niezależnie od kontynentu. Nie inaczej było w Australii, gdzie rząd wpadł na pewien "genialny" pomysł, który szybko przerodził się uciążliwy konflikt. Biorący w nim udział ludzie nie mieli żadnych szans.

W latach 20. XX wieku władze Australii próbowały zaktywizować żołnierzy, którzy wrócili z Wielkiej Wojny i zupełnie nie mogli odnaleźć się na rynku pracy. Politycy postanowili wykorzystać niezamieszkałe tereny kontynentu i osiedlić na nich żołdaków, by mogli oni zająć się uprawą roli. W ten sposób miały powstać miejsca pracy oraz zostać zapewnione stałe dostawy żywności dla mieszkańców okolicznych miast. Do programu przystąpiło blisko 5000 weteranów.

Osiedlenie się przyszłych farmerów na zachodzie kraju przebiegło bez większych trudności. Te pojawiły się kiedy zaczęli oni uprawę roślin. Zbiory regularnie pożerały i niszczyły... ptaki emu! Żołnierze podjęli walkę z tymi mierzącymi 180 centymetrów stworzeniami. W 1928 r. zabili oni aż 3000 nielotów. Niestety natura nie chciała dać za wygraną.

Przez kilka kolejnych lat farmy atakowało łącznie 20 tysięcy ptaków. Stało się jasne, że australijscy weterani znów znaleźli się w szponach wojny. Straszenie ptaków nie przyniosło spodziewanego rezultatu.

Reklama

Farmerzy, którzy dawniej z dumą nosili wojskowe mundury, zgłosili się z prośbą o pomoc do... tamtejszego Ministerstwa Obrony. Jego oficjele wzięli sprawę na poważnie wydając wojnę niszczycielom plantacji. Dozbroili oni byłych żołnierzy w dwa karabiny maszynowe Lewis oraz 10 tysięcy sztuk amunicji. Do ofensywy przeciwko ptakom oddelegowano dwóch strzelców oraz majora, który miał dowodzić operacją.

Plan był następujący: wytropić wielkie ptaki zanim te rozpoczną atak i rozpocząć ostrzał. Niestety, wszystko poszło nie po myśli żołnierzy. Po pierwsze, już po zaledwie 12 strzałach jeden z karabinów się zaciął. Do tego emu okazały się niezwykle szybkie. Właściwie niemożliwe było namierzenie biegnącego osobnika i oddanie w jego kierunku celnego strzału.

Sprawę utrudniał fakt, że ptaki te chowały się przed słońcem w cieniu okolicznych drzew. Atak z odległości nie wchodził w grę, a do tego trudno było je wypatrzeć. Co więcej, po kilku potyczkach zwierzęta zorientowały się jaki zasięg ma broń używana przez farmerów i trzymały się z dala od skupisk ludzkich poza sytuacjami, w których same atakowały uprawy.

Druga ofensywa skończyła się podobnie jak ta pierwsza i to mimo wykorzystania ciężarówki, na której to zamontowano broń maszynową. Okazało się, że emu poruszają się szybciej niż samochód. Ponadto strzelec nie mógł nawet odpowiednio złożyć się do strzału. Mimo usilnych prób w ten sposób nie udało się unieszkodliwić nawet jednego "szkodnika".

9800 wystrzelonych kul później stało się jasne, że z tymi ptakami nie można wygrać. Łącznie uśmiercono 986 emu, ale to mniej niż 5 proc. całej populacji, która uprzykrzała życie rolników. Do historii przeszła też przepychanka słowna w australijskim parlamencie o to, czy za tę wojnę powinny zostać przyznawane medale. Jeden z polityków odrzekł, że tak, ale... ptakom emu, gdyż te wygrywały w każdej rundzie. Major dowodzący nieudaną ofensywą powiedział, że ludzie przegrali także z tego powodu, że zwierzęta te okazały się nad wyraz wytrzymałe.

- Gdybyśmy mieli odziały tak odporne na kule jak te ptaki, to spokojnie zwyciężyłyby one z armią dowolnego kraju. Zwierzęta te opierają się karabinom maszynowym tak samo skutecznie jak czołgi.

Emu ostatecznie zaniechały ataków na tereny zajmowane przez ludzi. Przyczyna okazała się boleśnie prosta - pola uprawne były przez nie tak uszkodzone, że nic nie chciało na nich rosnąć. Gigantyczne ptaki zmuszone były przenieść się w inne miejsce.

Dowiedz się więcej na temat: Europejska Unia Monetarna | wojna | Australia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje