Był gwiazdą telewizji. Zmienił swoje życie na lepsze!

​Pewnego dnia nie zatrzymał się na piętrze swojej redakcji, lecz pozwolił windzie pojechać dalej. Ta chwila była przełomowa, bo pomogła mu w podjęciu niezwykle ważnych, życiowych decyzji.

Jak to się stało, że niegdyś czołowy i najbardziej rozpoznawalny dziennikarz stacji TVN24 dziś stanowczo twierdzi, że już nigdy nie wróci do mediów newsowych? Dlaczego tak radykalnie postanowił zmienić swoje życie? Co o tym zadecydowało? Czy dziś nie żałuje swojej decyzji?

Reklama

Rozmawiamy z Łukaszem Grassem, dziennikarzem, autorem książki "Trzy mądre małpy" i przede wszystkim zapalonym triathlonistą.

Jak zmienić swoje życie na lepsze? 

Łukasz Grass: -  Na to pytanie najlepiej odpowiedziałby ktoś bardziej doświadczony niż ja, ale postaram się wybrnąć z tego pytania mówiąc o tym, jak ja zmieniłem kilka rzeczy w swoim życiu. Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba zdefiniować problem: co w naszym życiu nie funkcjonuje tak, jak powinno? Ponadto należy odpowiedzieć sobie na pytanie: jak to "lepsze życie" ma wyglądać, z czym ono ma się wiązać, na co trzeba się przygotować?

- Najlepiej po prostu słuchać siebie. Odpowiedzi przyjdą same. Ważne jednak, by od razu podjąć decyzję. Nie jutro, za tydzień czy miesiąc... Tu i teraz. Jeśli już zdamy sobie sprawę z tego, co w naszym życiu szwankuje, to trzeba od razu przystąpić do działania. Wówczas okaże się, czy w tym łańcuchu trzeba wymienić kilka ogniw czy może cały łańcuch.

Dużo potrzebował pan czasu na znalezienie swojego problemu i jego zdefiniowanie?

- Kilka lat, ale nie żałuję żadnych decyzji. Wbrew pozorom te błędne też mają sens -oczywiście, o ile jesteśmy w stanie wyciągnąć z nich jakieś wnioski. Ja nie żałuję niczego, co wcześniej w swoim życiu zrobiłem. Nie żałuję nawet tych moich 103 kg, bo widocznie one też były potrzebne, by poczuć się nieswojo we własnym ciele. Nie ubolewam nad faktem, że w pewnym momencie mojego życia przesadnie rzuciłem się w wir pracy zawodowej, która doprowadziła mnie do wyczerpania fizycznego i psychicznego, o czym piszę w swojej książce.

Czy bez czynnego uprawiania sportu można zmieniać życie na lepsze?

- Oczywiście! Ja wcale nie uważam, że sport, a w szczególności triathlon, jest remedium na wszystkie bolączki. Dla jednego kluczem do szczęścia będzie szydełkowanie, a dla drugiego właśnie wspomniany triathlon. Natomiast pewne jest to, że sport kształtuje bardzo dużo cech psychomotorycznych, które pomagają zmieniać życie na lepsze. Sport uczy systematyczności, dyscypliny i uporu w dążeniu do wyznaczonych celów. Poza tym wpływa bezpośrednio na aspekt cielesności, co w wielu przypadkach nie jest bez znaczenia jeżeli chodzi o zadowolenie z życia.

Pan postawił na triathlon. Dlaczego?

- Wybrałem tę dyscyplinę zupełnie przypadkowo. Kiedy kilka lat temu mój kolega zapytał mnie, czy zechciałbym spróbować triathlonu, to zapytałem go, co to w ogóle jest. Nie miałem pojęcia, o co chodzi w tej dyscyplinie. Po moich pierwszych  zawodach wiedziałem, że to jest to, czego szukałem i czego potrzebuję w życiu.

A czego pan potrzebował?

- Dyscypliny sportowej bardzo wymagającej i kształtującej charakter, przekładającej się nie tylko na czysto sportowe efekty, ale też będącej pewnego rodzaju stylem życia. Triathlon okazał się strzałem dziesiątkę.

Pewnego dnia, jadąc windą w siedzibie TVN, nie zatrzymał się pan na swoim piętrze, ale pojechał jedno wyżej, gdzie znajdowała się siłownia. Już wtedy wiedział pan, że triathlon na stałe wpisze się w pański grafik?

- Wówczas dużo o nim myślałem i rozmawiałem z kolegą na ten temat. Niedługo potem zapisałem się na zawody i nie było już innego wyjścia. Moment, o którym pan mówi, był jednym z najistotniejszych w ostatnich latach. Właśnie wówczas, ważąc prawie 103 kg, źle się poczułem, byłem zmęczony wielogodzinną pracą, bo nie potrafiłem znaleźć równowagi między tym, co zawodowe, a tym, co prywatne. Wtedy nie zatrzymałem się na swoim piętrze, bo w jednej chwili dotarło do mnie, że jeśli teraz czegoś nie zrobię, to marnie skończę.

Kiedy zapisał się pan przez internet na pierwsze zawody w triathlonie, wpłacił wpisowe, to pojawiła się myśl: "Boże, co ja zrobiłem"?

- Musiałem ukręcić  na siebie bat, zrobić coś, co nie odwiedzie mnie od tej decyzji. W natłoku pracy i mając obowiązki rodzinne, potrzebowałem silnej motywacji. Uznałem, że o zawodach powiem wszystkim swoim znajomym. Wiedziałem, że jak to zrobię, to trudniej będzie mi się wykręcić. I miałem rację.

Pojawiały się chwile słabości?

- Wręcz przeciwnie. Z dnia na dzień treningi coraz bardziej mi się podobały i sprawiały mi ogromną radość. Do triathlonu podchodziłem bardzo poważnie i poświęcałem mu coraz więcej czasu, więc musiałem poszukać nowych kompromisów w swoim życiu. I właśnie to szukanie kompromisów  pomogło mi w podjęciu kilku ważnych decyzji - jak chociażby tej o zmianie pracy, postawieniu bardziej na samozatrudnienie, rozwijanie własnego biznesu, co paradoksalnie dało mi więcej czasu na realizację pasji, a przede wszystkim na życie rodzinne.

Co było dla pana najtrudniejsze na początku przygody z triathlonem?

- Bez wątpienia logistyka. Trzeba wszystko poukładać, zaplanować z notatnikiem w ręku. Polecałbym również wynajęcie trenera, który rozpisze nam cały plan treningowy i profesjonalnie się nami zaopiekuje. Triathlonu nie można uprawiać na tzw. czuja, bo można wyrządzić sobie krzywdę. Słowo klucz w tym przypadku to planowanie.

- Sam pan widzi: spotykamy się rano na basenie, 10 minut po moim treningu. Za chwilę mam kolejne spotkanie biznesowe, później powrót do domu, a raczej do pracy, bo mam ten komfort, że część pracy mogę wykonać stacjonarnie w swoich czterech ścianach. Następnie chwila przerwy i czas na lekcję angielskiego, później drugi trening, praca, czas dla rodziny. Wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku.

Co sprawia panu największą przyjemność w triathlonie?

- Jazda na rowerze, ale kiedy się już przeskoczy te bariery techniczne i wydolnościowe, wejdzie się na odpowiedni pułap intensywności i objętości treningów, to każda z tych trzech dyscyplin sprawia ogromną frajdę.  Kiedy wychodzę na tzw. zakładkę, czyli bieg bezpośrednio po jeździe rowerem i potrafię biec po 4 minuty 10 sekund na kilometr, i czuję totalny luz, to naprawdę ciężko opisać słowami, jak ogromną sprawia mi to przyjemność. Powiem więcej - pływanie znienawidzonym przeze mnie grzbietem i delfinem dziś budzi we mnie pozytywne emocje. Triathlon to przepiękna dyscyplina. Konkurencyjność, strefy zmian, rywalizacja na trasie, pokonywanie własnych słabości i ograniczeń.

"Prawdziwej cierpliwości nauczył mnie triathlon" - pisze pan w "Trzech mądrych małpach". Jak to się przekłada na pana życie prywatne?

- Nie tylko triathlon, ale w ogóle sport uczy cierpliwości. Jeśli spędza się na rowerze siedem godzin, bo i takie treningi się zdarzają, to faktycznie trzeba być wytrwałym. Ponadto sport uczy pokory. Podczas treningu lub zawodów wystarczy lekko przeszarżować z tempem, by taki błąd za chwilę odbił się na samopoczuciu i kondycji. To bardzo w życiu pomaga, bo staje się ono mniej chaotyczne, ale również realizacja w sferze własnych pasji daje nam spokój w życiu rodzinnym - wiedząc, że realizujemy swoje marzenia i indywidualne pasje, jesteśmy dużo spokojniejsi i efektywnej spędzamy wolny czas z najbliższymi, realizując się również w rodzinie. To proste.

W książce nawiązuje pan do teorii Platona mówiącej o tym, że "dla ciała gimnastyka, dla duszy muzyka" - rozumiana jako ogólne wykształcenie. Ta równowaga faktycznie jest tak istotna?

- Tę sentencję przeczytałem jako młody chłopak, będąc jeszcze w liceum i bardzo mi się ona spodobała. Zawsze dążyłem do tego, by rozwijać w sobie dwie sfery: duchową i fizyczną. Wielu twierdzi, że niemożliwym jest, by intelekt i aktywność fizyczna szły ze sobą w parze. Wedle stereotypowego myślenia: jak profesor to garbaty, jak sportowiec to głupi. A przecież powinno się poszukać kompromisu między intelektem a ciałem. Cieszę się, że jestem bliżej prawdziwości tych słów niż kiedykolwiek wcześniej.

W książce jest taki fragment, kiedy oglądając w telewizji zawody w triathlonie zaczął pan płakać...

- Po prostu się wzruszyłem, oglądając jeden konkretny wycinek sportowej rywalizacji, ale to bardzo osobisty wątek i chyba dosadnie opisałem tę historię w książce. Zatem wolałbym przeskoczyć do kolejnego pytania.

Ale o pewnej zakonnicy może pan chyba powiedzieć?

- Mowa o Madonnie Buder, która nazywana jest "żelazną zakonnicą". Ta 83-letnia kobieta bierze udział w zawodach Ironman. Jak na swój wiek osiąga fenomenalne wyniki i - co więcej - jest amatorką. Proszę sobie to wyobrazić: 83-latka najpierw płynie 4 km, następnie jedzie na rowerze 180 km, by zawody zakończyć 42-kilometrowym biegiem. Trudno w to uwierzyć, ale naprawdę istnieje taka kobieta (śmiech)...

Kogo jeszcze można spotkać na zawodach triathlonowych?

- Wielokulturową społeczność i ludzi z różnych światów. Na zawody przyjeżdżają nawet osoby z różnymi niepełnosprawnościami, takie, które wiele w życiu przeszły. Ci budzą we mnie największy podziw. Mam ogromny szacunek do osób, które przyjeżdżają na Ironmana, mimo że na co dzień borykają się ze swoją niepełnosprawnością, różnymi problemami. Udowadniają, że mimo wszystko można, nie poddają się i mówią: "Zobaczcie pokonałem mitycznego Ironmana. Wszystkie inne przeciwności w życiu to zatem bułka z masłem."

- Chciałoby się powiedzieć wprost, że to zbieranina różnych ludzi, ale nadających na tych samych falach. Każdy, kto pojawia się na zawodach, wie, ile przyjemności daje wysiłek fizyczny. Nie wiem, skąd to się bierze, ale po tych kilku latach startowania w zawodach, mogę stwierdzić, że im człowiek bardziej zajęty w życiu zawodowym i rodzinnym, tym większe prawdopodobieństwo, że trafi do triathlonu. W myśl powiedzenia: jeśli brakuje ci czasu, znajdź sobie dodatkowe zajęcie.

Ile osób zaraził pan triathlonem?

- Nie mam zielonego pojęcia. Chociaż mógłbym gadać o triathlonie godzinami, to jednak nie narzucam się. Jeśli podczas rozmowy pojawia się temat sportu, to oczywiście między wierszami staram się przemycać wątki triathlonowe. Ale nie mam zamiaru zmuszać kogokolwiek do uprawiania triathlonu.

Był pan kiedyś dziennikarzem i prezenterem w TVN24. Po odejściu z tej stacji zrobiło się o panu cicho. Czym obecnie się pan zajmuje?

- Przede wszystkim rozwijam swój projekt internetowy www.akademiatriathlonu.pl oraz zaangażowałem się w rozwój portalu MaratonInspiracji.pl, prowadzę szkolenia medialne i motywacyjne, mam zajęcia ze studentami. Ostatnio wróciłem do telewizji, ale pojawiam się tam tylko raz w tygodniu prowadząc program "Polacy tu i tam" w Telewizji Polonia. Na brak zajęć nie narzekam.

Wróci pan kiedyś do telewizji informacyjnej?

- Do mediów newsowych na pewno nie wrócę.

Dlatego, że pan nie chce, czy dlatego, że spalił pan za sobą wiele mostów?

- Dlatego, że nie chcę. Jeśli mówimy o paleniu mostów, to musimy mieć na myśli burzenie relacji międzyludzkich. A moje relacje z byłymi kolegami z pracy są bardzo dobre. Sam spaliłem jeden most mówiąc, że nigdy do newsów i polityki nie wrócę. Ale z mojej strony było to świadome posunięcie. Po prostu skończył się pewien etap w moim życiu i zaczął kolejny. Bardzo dużo zawdzięczam pracy w mediach newsowych, bo wyniosłem z nich sporą wiedzę na temat telewizji i poznałem tam fantastycznych ludzi, nauczyłem się telewizyjnego rzemiosła, ale w pewnym momencie stwierdziłem, że niestety do newsów się nie nadaję.

Miał ktoś do pana pretensje, że w książce tak ostro rozlicza się z tą telewizją?

- Ale to nieprawda, że ostro się z nią rozliczam...

Pisze pan, że media nie relacjonują wydarzeń, lecz je kreują. Pada również kilka ostrzejszych zarzutów.

- Zgoda. Ale proszę wziąć pod uwagę fakt, że jest to dosyć powszechny sąd - nawet ludzie pracujący na co dzień w mediach informacyjnych mają takie zdanie o swojej pracy. Ja w książce dzielę się przemyśleniami na temat mediów newsowych w ogóle, bo mam do nich bardzo duży żal o to, w jaki sposób relacjonują rzeczywistość.

- Wracając do pana poprzedniego pytania - nikt nie miał do mnie pretensji. Ale proszę też pamiętać, co powiedziałem chwilę wcześniej. Również ja stwierdziłem, że do pracy w newsach się nie nadaję, więc problem jest niejako po dwóch stronach.

W "Trzech mądrych małpach" porusza pan wątek "Matki Madzi" i pisze pan, że relacjonowanie tej sprawy to przykład upadku polskiego dziennikarstwa.

- Między innymi dlatego postawiłem odejść z mediów newsowych. Kreowanie rzeczywistości i pęd wszystkich mediów do sensacyjnych informacji jest tak silny, że bardzo często dziennikarze, ale i wydawcy, stoją na przegranej pozycji. Bardzo często łapię się na tym, że jadąc samochodem z dziećmi muszę przyciszać radio z uwagi na rodzaj wiadomości i język, jaki słyszę.

- Podobnie jest z informacjami w telewizji, a tym bardziej w internecie. Myślę, że empatia to słowo, które na nowo musimy sobie przyswoić. Zapytać się siebie, czy chciałbym usłyszeć tak skonstruowaną informację albo tłumaczyć swojemu dziecku, co właśnie usłyszało i dlaczego? Między innymi dlatego odszedłem, ale przede wszystkim znalazłem inny sposób na życie.

Zwolnił się pan z TVN24 i z TOK FM. Wielu ludzi marzy o takiej pracy. Ktoś może pomyśleć, że z Łukaszem Grassem jest coś nie halo...

- Ależ oczywiście, każdy ma prawo do własnych przemyśleń. Chcę tylko powiedzieć, że jeszcze nigdy nie byłem tak szczęśliwy i tak zadowolony z życia, jak jestem teraz. Nie mam tzw. parcia na szkło. Nie muszę za wszelką cenę pracować w telewizji czy radiu. A to, kto i co o mnie myśli w kontekście podjętych przeze mnie decyzji, mniej mnie interesuje. Najważniejsze, aby realizować siebie w każdym z trzech aspektów życia jakie mnie teraz otacza, czyli rodzina, praca i pasja. Z mojego punktu widzenia te decyzje były jednymi z najlepszych, jakie do tej pory podjąłem.

Jakie ma pan plany? Zawodowe, sportowe?

- Cały czas rozwijam portal AkademiaTriathlonu, który skupia największą społeczność triathlonową w Polsce. Mam w planie kilka projektów medialnych, w których być może się pojawię, ale na razie jest za wcześnie, by podawać szczegóły. Natomiast jeśli chodzi o moją pasję, to realizuję się sportowo jak nigdy dotąd. Udowadniam, że bez względu na wiek (37 lat) można spełniać swoje marzenia.

- 7 lipca startowałem w zawodach Ironman 70.3 w Norwegii (pływanie 1900 m, rower 90 km, bieg 21 km) i z wynikiem 4 h 30 min uzyskałem kwalifikacje na Mistrzostwa Świata w Ironman 70.3 w Las Vegas, które odbędą się 8 września. Wcześniej, bo już 28 lipca wystartuję w Zurichu na pełnym dystansie Ironman, czyli: 3,8 km pływania, 180 km jazdy rowerem i 42 km biegu. Zatem sporo przede mną wyzwań. Ale czy nie o to właśnie w życiu chodzi?

Rozmawiał: Łukasz Piątek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje