Jakub Małecki: Rdza niszczy nawet to, co najtrwalsze

Jakub Małecki /Tomasz Pluta /materiały prasowe

- Fascynuje mnie zachowanie ludzi w sytuacjach niebezpiecznych, krytycznych, takich, które ich przerastają. Wtedy często pokazujemy dopiero, jacy naprawdę jesteśmy - mówi Jakub Małecki, autor m.in. głośnego "Dygotu", "Śladów" i wydanej niedawno "Rdzy".

Reklama

Jakub Małecki. Rocznik 1982. Autor dziewięciu powieści, w tym bestsellerowego "Dygotu" i nominowanych do Nagrody Literackiej NIKE "Śladów". Jego książki spotkały się z równie ciepłym przyjęciem jury konkursów literackich, krytyków i czytelników.

W 2017 roku został laureatem stypendium "Młoda Polska" Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Niedawno na rynku ukazała się jego najnowsza powieść pt. "Rdza".

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: W Polsce podobno nikt nie czyta książek, tymczasem na niedawnych targach w Krakowie momentami nie sposób było się przecisnąć między stoiskami. Zastanawiam się, na jakie książki polowałeś?

Jakub Małecki: Mój dramat polega na tym, że miałem na tych targach tyle różnych rzeczy do zrobienia, że nie zdążyłem absolutnie nic sobie kupić. Natomiast mogę zdradzić, co zamierzałem upolować: nagrodzone Pulitzerem "Na południe od Brazos" Larry’ego McMurtry’ego, bo czaję się na to od dłuższego czasu, "Oto jestem" Jonathana Safrana Foera oraz nową-starą Elenę Ferrante, bo jestem fanem jej czterotomowego cyklu o dwóch przyjaciółkach z Neapolu.

Czego szukasz w literaturze? Inspiracji, odskoczni?

 - Ja po prostu bardzo lubię czytać. Książki to dla mnie wielka frajda, wielka przygoda, wielkie emocje i wielkie przeżycia. Nie wyobrażam sobie życia bez czytania.

Można ci łatwo przypiąć łatkę piszącego przystojniaka z całym zestawem towarzyszących jej skojarzeń, mnie natomiast uderza w tej literaturze wrażliwość. Jakie są jej źródła?

- Jezus Maria, zastrzeliłeś mnie teraz z tym piszącym przystojniakiem... Może jestem naiwny, ale nie wyobrażam sobie, że ktoś mógłby kupić książkę jakiejś autorki lub autora ze względu na jej lub jego wygląd. Źródła tych moich pomysłów są bardzo różne: w przypadku "Dygotu" było to zdjęcie pięciu albinosów, które zobaczyłem na stronie World Press Photo, w przypadku "Śladów" obraz Jacka Malczewskiego.

- Jedną z wcześniejszych książek, "Dżozefa", napisałem po tym, jak trafiłem do szpitala ze złamanym nosem i poznałem tam niezwykłego człowieka. Zazwyczaj są to więc jakieś impulsy z mojego życia, wokół których obudowuję później całą wielowątkową fabułę, a sam impuls w ostatecznej wersji książki często nie ma już żadnego znaczenia. Innymi słowy - nie piszę o sobie, ale właściwie każda książka wyrasta z czegoś, co usłyszałem, zobaczyłem, przeżyłem.

Co cię literacko najbardziej interesuje w drugim człowieku?

- Złożoność, to, że dziś jesteś kimś, a jutro, pod wpływem jakichś wydarzeń, możesz być kimś zupełnie innym. Fascynuje mnie zachowanie ludzi w sytuacjach niebezpiecznych, krytycznych, takich, które ich przerastają. Wtedy często pokazujemy dopiero, jacy naprawdę jesteśmy.

Z czym ci się kojarzy ta zwykła, pisana małą literą, rdza?

- Zwykła i literacka kojarzy mi się chyba z tym samym: z odchodzeniem, z przemijaniem, z niszczeniem wszystkiego, nawet rzeczy pozornie najtrwalszych.

"Rdza" to opowieść o stracie. Ile w tej powieści jest twoich własnych przeżyć?

- Na szczęście niewiele. Cała książka wzięła mi się z kilku opowieści, które usłyszałem od brata, mieszkającego zresztą w Chojnach, gdzie rozgrywa się akcja powieści. Moich własnych doświadczeń, oprócz układania monet na torach, właściwie tu nie ma.

W książce o losach bohaterów decyduje przypadkowość. Wierzysz w efekt motyla bardziej niż narzucony odgórnie plan siły wyższej?

- Nie wierzę w żadną siłą wyższą. Wierzę w przypadkowość i chaos, dzięki którym życie może być piękne, może być nijakie, może też być przerażające. Nie sądzę jednak, by był w nim jakikolwiek inny sens oprócz samego życia.

Czy w coachingowym haśle nakłaniającym do tego, żebyśmy "brali życie w swoje ręce" jest zatem cokolwiek z prawdy?

- Wiesz, ja wolę być facetem, który bierze życie w swoje ręce i ponosi przy tym spektakularną klęskę niż takim, który czeka, co mu życie przyniesie, bo to najgorszy, moim zdaniem, sposób na spędzenie tych kilku dekad, które mamy do przeżycia.

Wspomniałeś w jednym z wywiadów, że stodoła, w której w czasie II wojny światowej spłonęli żywcem ludzie, istniała naprawdę. Dlaczego postanowiłeś o niej napisać?

- Wydawało mi się, że pomoże mi to zbudować taką bohaterkę, jaką chciałem mieć w "Rdzy". Że po doświadczeniu czegoś takiego w wieku kilku lat, Tośka będzie szła przez życie ze świadomością, że w tym życiu takie właśnie rzeczy się zdarzają: najdziwniejsze, najbardziej nieprzewidywalne, najstraszniejsze.

Ciężar zbrodni wojennych doprowadził do samobójstwa innego bohatera. Współczesne pokolenie idzie na wycieczkę w to samo miejsce i jedyne, co odczuwa, to nuda...

- Wiesz, to chyba jest tak, że coś, co dla mnie jest ogromnie ważne, najważniejsze na świecie, dla ciebie może być zupełnie nieistotne. Ja się tym moim bohaterom właściwie nie dziwię: miejsce, które odwiedzili, nie miało dla nich żadnego znaczenia, bo w żaden sposób ich nie dotykało, oni nawet nie wiedzieli, co się tam wydarzyło. To oczywiście straszne, ale tak niestety bywa.

Pokazujesz w "Rdzy", że życie człowieka może zmienić książka. Optymistyczne życzenie, czy coś więcej?

- Jestem przekonany, że książka może zmienić życie.

Która książka miała na ciebie decydujący wpływ?

- Choćby "Sunset limited" Cormaca McCarthy’ego i "Źródło" Ayn Rand. Po lekturze jesteś inny niż przed. Tak było przynajmniej w moim przypadku.

Chciałbyś, że twoje książki tak działały na czytelników?

- Tak, bardzo bym chciał. Mam takie marzenie, żeby moje książki wywierały na czytelników taki właśnie wpływ, ale jednocześnie, żeby zapewniały im przyjemność podczas lektury, żeby nie mogli się od nich oderwać. To trudne do zrealizowania, żeby te dwie rzeczy wystąpiły jednocześnie, ale może warto próbować właśnie rzeczy trudnych...

W "Rdzy" pojawia się "Pachnidło". To dla ciebie ważna książka?

- Tak. Polecił mi ją dawno temu człowiek, któremu zadedykowałem "Rdzę". Brat mojego taty, który niestety od dziesięciu lat jest już niewidzialny. Jeden z najbardziej niezwykłych mężczyzn, jakich znałem, choć, jak to często bywa, przekonałem się o tym chyba trochę za późno.

Powtarzasz sobie czasem - za jedną z bohaterek "Rdzy" -  słowa bez pokrycia, że wszystko będzie dobrze?

- Czasami chyba tak. Zazwyczaj jednak wyobrażam sobie pesymistyczne scenariusze różnych wydarzeń, dzięki czemu przez większość czasu jestem życiem pozytywnie zaskoczony. A odbiorem moich książek na pewno.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje