Beetle - robot z odległej "przyszłości" roku 1961

Ważył aż 77 ton i miał ponad 8 metrów wysokości. Beetle po dziś dzień pozostaje jednym z najdziwniejszych wojskowych wynalazków. Mimo, iż wyglądał jak robot z "Terminatora", to nie mógł on nikogo skrzywdzić.

Gdyby Beetle (z angielskiego Żuk) - bo taką nazwę nosił metalowy kolos - pojawił się na polu walki, to z pewnością siałby popłoch w szeregach wrogich mu armii. W latach 60. mógł on śmiało uchodzić za coś, co przybyło z innej planety lub - w najlepszym przypadku - z przyszłości. Gąsienicowe podwozie, metalowa wieżyczka i dwa ramiona zakończone chwytakami. Taki widok musiał rozpalać wyobraźnię. Sęk w tym, że Beetle nie został zaprojektowany z myślą o walce.

Jego zadanie było zupełnie inne - miał chronić znajdującego się w jego "trzewiach" operatora przed skutkiem działania radioaktywnego promieniowania wydzielanego przez ładunki jądrowe przenoszone przez bombowce o napędzie atomowym. "Zaraz, zaraz. Przecież żadna armia nie używała takich samolotów" - powiedzą miłośnicy militariów. To prawda, ale na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku próbowano opracować aeroplany zdolne wystartować dzięki pracy pokładowych reaktorów jądrowych.

Reklama

Problemy zaczęły się już na ziemi. Okazało się, że inżynierowie nie mogli uporać się z przygotowaniem odpowiedniej tarczy antyradiacyjnej, która chroniłaby pilotów przed promieniowaniem i późniejszymi skutkami choroby popromiennej. Z pomocą przyszły wynalezione kilka lat później rakiety balistyczne o zasięgu międzykontynentalnym zdolne przenieść głowice nuklearne (ICBM). Zanim to jednak nastąpiło, nieistniejąca już komórka sił powietrznych Stanów Zjednoczonych zajmująca się specjalnym rodzajem uzbrojenia zdążyła przygotować prototyp robota Beetle.

Przy pomocy Żuka operatorzy techniczni mieli być w stanie nie tylko ładować na pokład samolotów ładunki jądrowe, ale również przeprowadzać skomplikowane naprawy napędów atomowych. Było to możliwe, dzięki wspomnianym już chwytakom. Były one tak precyzyjne, że operator robota był w stanie przy ich pomocy podnieść jajko bez zgniatania go! Przypomnijmy, że mówimy tu o wynalazku sprzed ponad 50 lat.

Niestety, nie wszystkie elementy, z których zbudowano Beetle'a były tak zaawansowane. Opuszczanie włazu umożliwiającego pilotowi zajęcie miejsca w kabinie trwało w nieskończoność. Silniki hydrauliczne nie mogły poradzić sobie z jego ogromną masą wynoszącą prawie 7 ton. Do tego doszła prędkość, z którą ten gigant mógł się przemieszczać. Wynosiła ona "zabójcze" 12 km/h. Gdyby tego było mało, wszystkie systemy znajdujące się wewnątrz maszyny, w tym klimatyzację, trzeba było jakoś ze sobą połączyć. Wszystkie kable potrzebne do uruchomienia Beetle'a miały długość aż 640 kilometrów!

Co ciekawe, inżynierowie pomyśleli o kilku udogodnieniach dla operatora tej maszyny. Poza klimatyzacją do jego dyspozycji oddano również butlę z tlenem, telewizor i... popielniczkę. Pilot mógł obserwować to, co dzieje się na zewnątrz kabiny zza szyby o grubości 58 centymetrów. Niewiele cieńsze były ściany kokpitu - 30 centymetrów ołowiu mówi samo za siebie.

Beetle był zbyt ciężki i zbyt drogi. Cały projekt pochłonął ponad 1,5 miliona dolarów (uwzględniając inflację byłoby to aż 12 milionów). Czarę goryczy przelały jednak ciągle psujące się podzespoły. Robota częściej naprawiano niż używano.

Wycofany z lotnictwa robot miał przeżyć drugą młodość w NASA, która wówczas realizowała program lotów na księżyc Apollo. Jednak nawet najbardziej pozaziemska agencja rządowa na tej planecie nie chciała korzystać z takiego pomocnika.

Michał Ostasz

Dowiedz się więcej na temat: Beetle | robot | USAF

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje