Bike Jamboree, czyli jazda na rowerach dookoła świata

Te widoki robią wrażenie! Fot: Ula Ziober /materiały prasowe

Do pokonania 35 tysięcy kilometrów przez 21 krajów - w deszczu, mrozie i upale. To właśnie Bike Jamboree, pierwsza w historii rowerowa sztafeta dookoła świata, w którą zaangażowanych jest ponad 200 uczestników. Po pół roku od wystartowania z Gdańska, sztafeta właśnie przejechała przez Mongolię, a teraz rusza w kierunku zamarzniętego jeziora Bajkał. Latem ma dotrzeć na gromadzącą skautów z całego świata imprezę w USA, a potem wrócić do Polski.

Reklama

Na pytanie czy są twardzi jak Chuck Norris, organizatorzy odpowiadają skromnie, że żeby to sprawdzić, musieliby go zaprosić na jeden z 34 etapów podróży. A jest to wyprawa tylko dla najbardziej wytrwałych zapaleńców. Pomysł wydaje się równie ambitny, co szalony - 35 tysięcy kilometrów do przejechania w dwa i pół roku najpiękniejszymi terenami półkuli północnej oraz wyzwanie, przez które przewinie się ponad 200 osób. Wszyscy podróżują na tych samych rowerach, byle dalej zmierzać na wschód.

Cała trasa podzielona została na 34 etapy. W każdym bierze udział inna ekipa, która musi przejechać od kilkuset do nawet 1800 km. Skład drużyn jest różny - od wieloosobowych i rodzinnych, przez grupy przyjaciół oraz ambitne duety aż po wytrwałych samotnych rowerzystów. Na końcu swojego odcinka konkretna grupa spotyka się z następną, przekazując jej rowery, sprzęt biwakowy i sztafetową pałeczkę w postaci wielkiej mapy świata z wytyczoną trasą. Ta rusza dalej, często nie zważając na warunki atmosferyczne. Nie ma zmiłuj.

Dopracować najdrobniejsze szczegóły

Reklama

Pierwsi uczestnicy Bike Jamboree wystartowali pod koniec maja 2017 roku z Gdańska. - Cel jest jeden, dotrzeć na przełomie lipca i sierpnia 2019 roku na imprezę World Scout Jamboree w Wirginii Zachodniej w USA, a potem wrócić do ojczyzny. Wszystko po to, by przeżyć niezapomnianą przygodę, promować Polskę i wartości, ważne ponad wszelkimi granicami geograficznymi, oraz udowodnić, że skauting jest ciągle żywy - mówi Anna Śledzińska, jedna z organizatorek Bike Jamboree.

Na pomysł rowerowej sztafety dookoła świata jej inicjatorzy wpadli zaraz po zakończeniu poprzedniej edycji, czyli siedmiomiesięcznej wyprawy z Polski do Japonii. Tym razem jest o wiele trudniej. Poszczególne etapy są zróżnicowane i wiodą przez Europę Wschodnią, Azję Centralną oraz surowe syberyjskie bezdroża Rosji, aż po położone na "krańcu świata" Jakucję i Czukotkę. W okolicach cieśniny Beringa uczestnicy będą musieli przeprawić się przez Pacyfik i kontynuować wyprawę trasami Alaski, północnej oraz zachodniej Kanady, a także centralnej części Stanów Zjednoczonych. Wreszcie ze Wschodniego Wybrzeża dotrą do Zachodniej Europy, by zakończyć podróż na gdańskiej Wyspie Sobieszewskiej.

Jest jeszcze szansa, by dołączyć do tej niezwykłego przedsięwzięcia.

- Zbieranie ekipy powinno przebiegać jak najszybciej, aby mieć parę miesięcy na przygotowania, zapoznanie się z uczestnikami, "upolowanie" tanich biletów lotniczych oraz załatwienie wszelkich papierów. Mamy szczegółowo wyznaczoną trasę, ale każda grupa ją weryfikuje, sprawdza źródła i wypytuje podróżujących po świecie rowerzystów lub mieszkańców danych miast. Jeśli trzeba, nanosi poprawki i ustala nową drogę. Ekwipunek kompletujemy razem i urządzamy burzę mózgów na temat tego, jaki sprzęt się przyda - tłumaczy Anna Śledzińska.

- A jeśli chodzi o przygotowanie kondycyjne, to Bike Jamboree tworzą zarówno rowerowi maniacy i osoby biegające w maratonach oraz ci, którzy na co dzień nie uprawiają żadnego sportu. Wystarczą mocny charakter i prawdziwa motywacja - dodaje ze śmiechem.

Szczególnie motywujące może być zaangażowanie osób znanych w polskim środowisku podróżniczym. Na drodze prowadzącej przez zimowy Ałtaj, nieocenione okazało się doświadczenie Urszuli Ziober, inicjatorki projektu Rowerowy Dom Kultury. Przez Jakucję z Bike Jamboree będzie jechać Krzysztof Suchowierski, który tę trasę poznał podczas srogiej zimy i napisał książkę pt. "Rowerem przez mrozy Jakucji". Zaś do USA sztafeta przeprawi się z Kamilą Kielar, która niedawno zakończyła półroczną wędrówkę amerykańskim szlakiem Pacific Crest Trail.

Nieważne niewygody, liczą się emocje

Jeśli pogoda pozwala, uczestnicy śpią w namiotach. Jeśli nie, trzeba sobie radzić. Tak jak w rosyjskiej Nikołajewce, gdzie kierownik gospody zaoferował załodze nocleg tym chętniej, gdyż w swojej wiosce nie widział nikogo na rowerze od... 35 lat. Można też zawsze liczyć na wsparcie lokalnej Polonii. Ta szczególnie pomogła drużynom przemierzającym Syberię, a Dom Polski w Barnaul w podzięce za pomoc został mianowany honorowo "etapem 7a".

- Miejsc noclegowych jest pod dostatkiem, więc zdarzało nam się do tej pory rozkładać ze spaniem nad jeziorem czy rzeką, na stepie, polu, pustyni czy w górach. Dajemy sobie jednak przyzwolenie na to, by nocować w hostelach czy przydrożnych zajazdach. Czasami po prostu potrzebujemy się umyć, zrobić pranie czy odpocząć w ciepłej pościeli - przyznaje Adela Uchmańska, jedna z uczestniczek.

A jak na widok gromady rowerzystów, wiozących namioty i śpiwory, reagują mieszkańcy mijanych miast oraz wiosek?

- Sporo osób puka się z niedowierzaniem w czoło, ale po chwili zaprasza nas na poczęstunek oraz opowieści o swoim regionie. Najczęściej dominuje ciekawość, co najlepiej widać u dzieci, które często ścigają się z nami, wskakują na siodełka naszych rowerów lub z wielkim "wooow!" oglądają mapę trasy - mówi Uchmańska. - Czasem przejeżdżamy przez tereny, do których rzadko albo w ogóle nie trafiają turyści. Zdajemy sobie więc sprawę z dużych emocji, które budzimy. Przeważają te pozytywne, napotkani ludzie są chętni do pomocy. Gdzie miejscowi byli dotychczas najbardziej gościnni? To temat do gorącej dyskusji, ale ogólnie najlepiej pod tym względem wspominamy Azję - zaznacza.

Zmęczenie, mróz, żelazna wola

Od ponad trzech miesięcy niezmordowanym rowerzystom z różnych ekip towarzyszy zima, muszą więc walczyć z mrozem i niekiedy dwudziestocentymetrową warstwą śniegu. Święta Bożego Narodzenia zastały uczestników w Taszancie na granicy rosyjsko-mongolskiej, gdzie urządzono wigilię. W Mongolii sztafetową pałeczkę przejął samotny rowerzysta Artur Wysocki. Na końcu swojej wyprawy przekazał bezdomnym dzieciom z salezjańskiej szkoły w Ułan Bator zebrane dla nich fundusze. Potem dalszą część misji podjęli Łowcy Wiatru, jak sami o sobie mówią. Pięcioosobowa grupa Leszka Fidelusa wraca teraz do Rosji i tam przejedzie przez fragment zamarzniętego jeziora Bajkał.

Wszyscy uczestnicy Bike Jamboree jadą na rowerach górskich KROSS Level B1. - Co naturalne, czasami trzeba wymienić wszystkie elementy, które się w czasie takiej ekspedycji zużywają: opony, szprychy, hamulce tarczowe, łańcuchy, obręcze czy przerzutki. Zimowe warunki ostro potraktowały sprzęt, ale na szczęście nie udało się zatrzymać sztafety, która dzielnie jedzie dalej. Jak na tak trudną wyprawę rowery sprawują się bardzo dobrze - wyjaśnia Zbigniew Popowski, koordynator projektu.

Podróżnicy podkreślają, że - niezależnie od technicznych czy logistycznych problemów - jadą dalej przede wszystkim dzięki ludziom.

- Nie tylko uczestnikom, ale także, a może w pierwszej kolejności, dzięki osobom spotkanym po drodze. Tym, którzy udostępniają nam sale, żebyśmy mogli przygotować rowery do kolejnego etapu. Tym, którzy służą za tłumaczy i poświęcają swój czas w garażach mechaników. Tym, którzy wykonują setki telefonów i załatwiają dla nas miliony spraw, żebyśmy mogli bezpiecznie pokonać kolejne kilometry. Pamiętamy o wszystkich, którzy zapewniają nam nocleg, obdarowują, a nawet się za nas modlą. Gdy wymieniam w myślach ludzi, dzięki którym nasza część wyprawy mogła dojść do skutku, stwierdzam, że jechaliśmy w kilkadziesiąt osób. I to jest piękne - wspomina etap rosyjsko-mongolski Iśka Marchwica.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje