Dona Paz: Największa katastrofa w czasach pokoju

Kadr z filmu dokumentalnego "Asia's Titanic, MV Dona Paz" /YouTube

​Kiedy pojawia się temat katastrof na morzu albo oceanie, jako pierwsza na myśl przychodzi nam tragedia Titanica. Jednak pod względem liczby ofiar zajmuje ona dopiero piąte miejsce. Do znacznie straszniejszych wydarzeń doszło na pokładzie Doni Paz, która, według oficjalnych danych, zabrała ze sobą na morskie dno półtora tysiąca ofiar...

Reklama

Prom pasażerski o nazwie Dona Paz został zarejestrowany na Filipinach i należał do firmy Sulpicio Lines. Miał świetne parametry oraz wciąż stosunkowo nowoczesne rozwiązania inżynieryjne. Statek mierzył 93 metry długości i prawie 14 szerokości, rozwijał prędkość 18 węzłów. Na pokładzie mieścił maksymalnie 1 518 pasażerów, nie licząc załogi, która składała się z 66 specjalnie przeszkolonych pracowników.

Prom zbudowano w 1963 roku w japońskiej stoczni Onomichi Zosen. Nosił wówczas nazwę Himeyuri Maru. Należał do japońskiej firmy Ryukyu Kaiun i pływał wyłącznie po tamtejszych wodach, zabierając na pokład zaledwie 608 pasażerów. Jednak 12 lat po zwodowaniu jednostki sprzedano ją filipińskiemu operatorowi pasażerskich przewozów promowych.

Po korzystnej dla obu stron transakcji statek został nazwany Don Sulpicio, by po pewnym czasie otrzymać zupełnie nową, żeńską nazwę - Dona Paz. W  tamtym czasie prom dwa razy w tygodniu obsługiwał przewozy pasażerskie na trasie Manila-Catbalogan-Tacloban w obie strony. Statek przynosił spore dochody, dlatego też eksploatowano go do granic możliwości: zamiast 1500 osób na pokład wpuszczano nawet 4500 pasażerów.

Gwiazdkowy rejs

Dwudziestego grudnia 1987 roku Dona Paz wyruszyła w swą ostatnią podróż. Prom wypłynął z  miasta Tacloban i  skierował się ku Manili. Była to stara filipińska tradycja. Każdego roku tysiące mieszkańców maleńkich wysepek wyjeżdżało na czas przerwy świątecznej do stolicy. Czekali tam na nich krewni i znajomi. Nic więc dziwnego, że w czasie podróży wszystkim dopisywał dobry humor. Jednak około dziesiątej wieczorem w  rejonie wyspy Marinduque kadłub statku doznał nagłego wstrząsu - Dona Paz zderzyła się z niewielkim tankowcem o nazwie Vector.

Późniejsze śledztwo wykazało, że jedną z  przyczyn kolizji statków był brak doświadczenia marynarza, który sterował promem bezpośrednio przed zderzeniem. W jego wyniku tankowiec doznał poważnych uszkodzeń kadłuba i wkrótce potem przełamał się na pół. Dona Paz również odczuła to uderzenie i po chwili we wszystkich pomieszczeniach zgasło światło. Nie to jednak było najgorsze...

Kto jest winny?

Reklama

Wyniki śledztwa nie pozostawiały złudzeń: główną przyczyną tragedii był nonszalancki stosunek załóg obu statków do pełnienia swoich obowiązków. Ani na Vectorze, ani na Doni Paz nikt nie kontrolował kursu, brakowało też urządzeń nawigacyjnych. Co więcej, tankowiec nie posiadał licencji na przewozy morskie, więc pływał nielegalnie. Wśród członków jego załogi nie było doświadczonego nawigatora Przed katastrofą na mostku kapitańskim promu znajdował się tylko jeden człowiek, pozostali oficerowie przebywali w kubryku: oglądali telewizję i pili piwo.

Po zderzeniu wybuchła panika, jednak załoga nie podjęła żadnych działań, nie zrobiła nic, by uratować statek i jego pasażerów. Z niewyjaśnionych przyczyn obie jednostki nie wysłały sygnału SOS. Być może radiostacje zepsuły się podczas uderzenia i wybuchu albo w ogóle nie działały. W związku ze wspomnianymi okolicznościami informacje o  wydarzeniach na morzu dotarły na brzeg dopiero po ośmiu godzinach. Wtedy też rozpoczęła się akcja ratunkowa.

Tymczasem w zbiornikach tankowca zapaliło się 8,8 tys. baryłek benzyny, ropy naftowej oraz spirytusu. Wybuchł ogromny pożar. Płomienie szybko przedostały się z Vectora na unieruchomioną Donę Paz, przekształcając oba statki w gorejące pochodnie. Ci, którzy ocaleli, opowiadali później, że pogoda tego dnia była spokojna, choć na morzu dało się odczuć lekkie falowanie. Jeden z pasażerów promu, Paquito Osabel, wspominał: - Ani marynarze, ani kapitanowie statków w żaden sposób nie reagowali na zaistniałą sytuację. Wszyscy domagali się kamizelek ratunkowych oraz szalup, ale bezskutecznie.

Szafki, w których przechowywano kamizelki, zostały wcześniej zamknięte, a kluczy nie można było nigdzie znaleźć. Szalupy zrzucano do wody byle jak, bez przygotowania. Panowały panika, bałagan i chaos... Ludzie, nie namyślając się długo, skakali za burtę do otwartego morza. Zapominali o tym, że w tamtym miejscu woda dosłownie roi się od rekinów - a może śmierć w ogniu wydawała im się straszniejsza.

Dona Paz zatonęła po dwóch godzinach od katastrofy, Vector utrzymał się na wodzie dwa razy dłużej. Filipińskie służby morskie dowiedziały się o tragedii dopiero po ośmiu godzinach od momentu zderzenia statków i  wybuchu niszczycielskiego pożaru. Minęło drugie tyle, zanim wysłały ekipy ratownicze na miejsce wypadku. Nawiasem mówiąc, akcji ratunkowej jako takiej nie prowadzono.

Dopiero nad ranem w zatoce Tablas pojawiła się przypadkowa pomoc: podpływały łódki, kutry, a nawet rybackie barkasy, które zabierały niedoszłe ofiary rekinów oraz zwłoki pasażerów promu. Udało się uratować 26 osób: 24 z nich były pasażerami Doni Paz, pozostała dwójka - marynarzami z tankowca. Wielu spośród ocalałych uległo poważnym poparzeniom, przy czym nie stało się to na pokładzie promu, ale już w wodzie, do której wylewała się wrząca ropa.


Jak śledzie w beczce

Według oficjalnych danych prezentowanych przez kompanię przewozów morskich, do której należała Dona Paz, na promie znajdowało się 1 493 pasażerów i 58 członków załogi. Jednak już następnego dnia ocaleli opowiedzieli dziennikarzom, śledczym, a także oficjalnym przedstawicielom filipińskich władz, że w trakcie rejsu prom podpłynął do wszystkich czterech zaplanowanych przystanków.

Według relacji świadków na statku znajdowało się ponoć od 3 do 4 tysięcy ludzi. Dona Paz była tak zatłoczona, że wielu pasażerów rozlokowano na korytarzach oraz w pomieszczeniach służbowych, a na jednej koi siedziało po kilka osób. Podczas spontanicznie podjętej akcji ratunkowej ziścił się czarny scenariusz - wydobyto setki ciał, na które czekały zgromadzone na brzegu rodziny. W  kieszeniach ubrań rzadko można było znaleźć bilety - większość pasażerów płynęła "na gapę". W wyniku dochodzenia ustalono, że Dona Paz zabrała ze sobą na tamten świat 4 341 osób. To największa katastrofa morska, do jakiej kiedykolwiek doszło w czasach pokoju...       

      

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje